




Jak pech to pech. Rura pękła w piwnicy, córcia zachorowała, nie śpi kolejną noc, cierpi i płacze. Znacie to, prawda? Nieszczęścia chodzą parami. A potem przychodzi cudowne letnie popołudnie i wieczór, delikatny i cichy. Powoli nieszczęścia tracą znaczenie, nadchodzą małe, maleńkie szczęścia... Lawendowy, pachnący wieczór. Wszystkie krzaki wreszcie ostrzyżone. Bukiety powiązane, wianki uwite. Reszta rozłożona na tarasie dosusza się. Na zapachowe woreczki do szaf. Mała zasnęła, wtulona w swojego misia. A mnie coś ściska w gardle. Wzruszenie? Najbardziej mnie cieszą te małe szczęścia.